piątek, 13 lipca 2018

Rozdział 2 (Zanim zrozumiesz)

Siedziałam w salonie na kanapie, przy włączonym telewizorze i co chwilę zerkałam na zegarek, w ten sposób pomijając połowę filmu. Nim się obejrzałam, na ekranie pojawiły się napisy końcowe, a ja cicho westchnęłam, wyłączając pilotem telewizor, przez co jedyne światło dawały nocne lampki. Wstałam i poszłam do jadani, która połączona była z kuchnią i biorąc zapalniczkę ze stołu, zaczęłam zapalać po kolei każdą świeczkę. Gdy ostatnia świeczka zaświeciła jasnym płomieniem, usłyszałam, jak drzwi od domu się otwierają. Uśmiechnęłam się i zaczęłam iść w tamtym kierunku, po chwili widząc mężczyznę moich marzeń.

Podeszłam do niego i pocałowałam go na powitanie, co odwzajemnił, przyciągając mnie do siebie, jak najbliżej się dało. Gdy zdołaliśmy się od siebie oderwać, złapałam go za rękę i zaprowadziłam prosto do jadalni, gdzie usiedliśmy na wolnych krzesłach obok siebie, zaczynając jeść romantyczną kolację przy świecach. Czarnowłosy, w pewnym momencie wstał i wyciągnął wino z coolera, po czym je otworzył, nalewając do kieliszków wino. Nim zdołałam wziąć przezroczyste szkło do ręki, ten położył swoją dłoń na mojej, patrząc na mnie z uśmiechem na twarzy. Wziął i drugą moją rękę w swoje duże dłonie, trzymając je na moich nagich kolanach. Wstał z krzesła i kleknął przede mną, na co cicho nabrałam powietrza.

- Jake — szepnęłam, patrząc, jak ze swoich spodni wyciąga, małe czerwone pudełeczko.

- Lily — zaczął, otwierając pudełeczko — Wyjdziesz za mnie? — spytał, a ja poczułam, jak do moich oczu napływają łzy. Byłam w zbyt dużym szoku, by coś powiedzieć, dlatego jedynie kiwnęłam twierdząco głową, uśmiechając się do niego przez łzy, jakie spływały po moich policzkach.

Odwzajemniając mój uśmiech, wyciągnął pierścionek z pudełeczka i nałożył mi go na palca. Spoglądając przez chwilę na świecący się pierścionek, spojrzałam na mężczyznę i złapałam w swoje dłonie jego policzki i złączyłam nasze usta w namiętnym pocałunku. Byłam taka szczęśliwa. W końcu stało się coś, o czym od dawna marzyłam. Był teraz mój, tylko mój, już na zawsze i nikt ani nic tego nie zmieni. Byłam tego pewna.

Odrywając się od jego ust, spojrzałam prosto w jego oczy, po chwili marszcząc swoje brwi. Jego twarz zaczynała się powoli rozmazywać, aż w końcu cały zaczął znikać. Krzyczałam, płakałam, ale to nic nie dało, on nadal znikał, powodując, że moje serce na chwilę stanęło. To nie miało się tak skończyć, to nie może być prawda. Nie teraz.

Nabierając głośno powietrza w swoje płuca, wstałam gwałtownie z łóżka do pozycji siedzącej, zaczynając rozglądać się po pomieszczeniu. Byłam w swoim pokoju, a to, co się wydarzyło było po prostu zwykłym snem. Znowu to się działo. Uwielbiałam i zarazem nienawidziłam takich nocy. Cudownie było o nim śnić, jednak za każdym razem, gdy się budziłam, już nie czułam się tak wspaniale, jak we śnie. Uderzała do mnie wtedy niewygodna prawda i rzeczywistość, której nienawidziłam. Mimo wszystko czułam, że nigdy nie zdołam się z tym pogodzić i za każdym razem, gdy będę się budziła, moje serce będzie jeszcze bardziej obolałe.

Zrzuciłam z siebie kołdrę i wstałam z łóżka, idąc w stronę balkonu. Zanim tam weszłam, narzuciłam na swoje nagie ramiona, satynowy szlafrok i dopiero wtedy otworzyłam drzwi od balkonu, czując na swojej skórze przyjemny powiew zimnego powietrza. Opierając się o metalowe barierki, obserwowałam gwieździste niebo, ze smutkiem wymalowanym na mojej twarzy. Nie mogąc powstrzymać swoich uczuć, pozwoliłam łzom spłynąć po moich policzkach, po chwili zanosząc się głośnym płaczem. Trudno było mi złapać oddech, a nogi się pode mną uginały wskutek czego, upadłam na zimne kafelki, czując, jak po całym moim ciele przechodzą dreszcze. Gdy w końcu udało mi się zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, a sama trochę się uspokoiłam, wyprostowałam swoje nogi, a plecy oparłam o barierki.

- Nie zostawiaj mnie tu samej. Ja tak bardzo cię kocham — wyszeptałam sama do siebie, patrząc się tępym wzrokiem na wnętrze mojego pokoju.

Podkulając nogi pod siebie, objęłam je swoimi dłońmi i zamknęłam oczy. Nie wiedząc kiedy, zasnęłam, siedząc resztę nocy na balkonie. Budząc się rano, moje ciało było całe zesztywniałe i czułam się, jakby ktoś po mnie czymś przejechał. Mimo to powoli wstałam na nogi i wolnym krokiem weszłam do pokoju, zamykając za sobą drzwi balkonowe. Poszłam do łazienki, a gdy spojrzałam w lustro, chciałam ponownie się rozpłakać. Od płaczu miałam napuchnięte oczy, a moja twarz była cała blada.

- Wyglądasz, jak gówno Lily — szepnęłam, nadal wpatrując się w lustro nad umywalką — I jak on ma cię taką pokochać? — spytałam samą siebie, ale zaraz pokręciłam głową, zdając sobie sprawę, że nie powinnam przejmować się swoim wyglądem. On i tak mnie nigdy, nie zobaczy, nie poznamy się i nie będziemy razem, bo on ma już kogoś, kogo szczerze i prawdziwie kocha.

Opłukałam twarz zimną wodą i wytarłam ją ręcznikiem, po czym wyszłam z łazienki. Ubrałam się i powoli zeszłam na dół, próbując już z połowy schodów móc spojrzeć na salon. Niestety dopiero wtedy, gdy zeszłam na sam dół, ku mojemu nieszczęściu w salonie nikogo nie było. Z lekką niepewnością, zaczęłam iść w stronę kuchni i niemal podskoczyłam ze strachu, gdy nagle w pomieszczeniu pojawił się mój ojciec.

- Dzień dobry — szepnęłam, mając swoją głowę nieco spuszczoną w dół.

- Dzień dobry — odpowiedział zachrypniętym głosem, w ogóle na mnie nie patrząc. Podszedł do ekspresu i go włączył, czekając, aż kubek napełni się kawą — Dokąd idziesz tak wcześnie? — spytał, gdy chciałam wyjść stąd, jak najszybciej.

- Chcę wrócić do swojego pokoju — szepnęłam i gdy chciałam postawić pierwszy krok, poczułam jak łapie mnie za ramię.

- Wiem, że jestem gównianym ojcem, ale... — słysząc jego słowa, prychnęłam pod nosem, po czym mu przerwałam.

- Masz rację, jesteś nim — powiedziałam, chcąc w końcu stąd wyjść, ale nie dane mi było, ponieważ mój ojciec mocniej ścisnął swoją dłoń na moim ramieniu.

- Ale nie chcę, by to wszystko tak wyglądało — dokończył, a ja odwróciłam się w jego stronę.

- Trochę na to za późno, nie uważasz? — spytałam.

- Nigdy nie jest za późno na to, abyśmy chociaż spróbowali być ponownie szczęśliwą rodziną — nie mogłam tego słuchać, wywiercało mi to dziurę w sercu.

- Bez mamy to już nie to samo. Pozwoliłeś jej umrzeć, więc teraz musisz zadowolić się swoim własnym towarzystwem — wyszeptałam, czując, jak łzy zbierając się do moich oczu. Miałam powoli dość wylewania kolejnych łez, na coś, co tak naprawdę nie ma sensu.

- Ona tego pragnęła. Nie chciałem stać i patrzeć, jak cierpi i tylko się męczy. Powiedzmy sobie szczerze ona i tak by umarła. Żaden lekarz nie dawał jej żadnych szans, bo zrobili już wszystko, co w ich mocy. Oboje sięgnęliśmy dna, ale jest jeszcze szansa, by to naprawić, by żyć tak, jak kiedyś — ja tak nie uważałam. Dla mnie to wyglądało nieco inaczej i nie chciałam tego, co on. Nasza rozmowa, jak zwykle nadawała się do kosza.

- My też i tak umrzemy, więc poco się starać? — widziałam, że sprawiłam mu tym pytaniem jeszcze większy ból, ale nie obchodziło mnie zbytnio. Ja miałam swoje racje, a on swoje. Nigdy nie mogliśmy się dogadać, więc i teraz nie rozumiałam, dlaczego chcę osiągnąć coś niemożliwego.

Wyrywając się z jego uścisku, w końcu wyszłam z tej przeklętej kuchni, podeszłam do szafki stojącej na korytarzu, włożyłam buty i wyszłam z domu, głośno trzaskając drzwiami. Sięgając do kieszeni bluzy, wyciągnęłam kluczyki od auta i je otworzyłam, po czym weszłam do środka. Odpaliłam silnik i czym prędzej włączyłam się do ruchu.

Kiedyś byliśmy szczęśliwą rodzinką, której niczego nie brakowało. Rodzice mieli swoje dobrze prosperujące działalności gospodarcze, przez co należeliśmy do ludzi zamożnych. Mieliśmy siebie i co tylko jeszcze chcieliśmy. Pewnego dnia mama zemdlała w pracy, a pogotowie zawiozło ją do szpitala, gdzie okazało się, że jest śmiertelnie chora. Umierała na naszych oczach, a tata próbował jakoś załagodzić całą sytuację. W pewny słoneczny dzień zabrał mnie na długi spacer, kupując mi wszystko, co tylko chciałam. Miałam wtedy zaledwie dziesięć lat, więc podobało mi się, że mimo wszystko możemy razem dobrze spędzić czas. Gdy wróciliśmy do domu, odkryłam, dlaczego ojciec zabrał mnie z domu. Zrobił to, aby mama mogła w samotności strzelić sobie prosto w głowę. Teraz mam dwadzieścia cztery lata i nadal nie mogę mu tego wybaczyć. Nie zdołałam się z nią pożegnać, powiedzieć jej parę słów i usłyszeć jej głos po raz ostatni. Zabrał mi to. Po pogrzebie załamał się i zaczął pić, nie mając przy tym umiaru. Stoczył się, a nasze relacje legły w gruzach. Mimo to skończyłam szkołę, studia, a potem miałam zacząć żyć sama, gdzieś z dala od niego, ale nie potrafiłam go zostawić samego. Po prostu. Nie umiałam tego zrobić. Nie raz mnie uderzył, nie raz wyżył się na mnie i nie raz nie odzywaliśmy się do się przez długie tygodnie, a mimo to ja nadal z nim byłam. Dzisiejszy dzień nie był jedynym, zawsze, gdy wytrzeźwieje, chcę, aby było tak, jak kiedyś. Nie rozumiał, że nigdy tak nie będzie.

Byłam samotnikiem i odkąd zmarła mama, trzymałam się z dala od ludzi i nie pozwalałam na to, aby ktoś próbował się do mnie zbliżyć. Nie było mi to potrzebne. Lubiłam samotność. Miało to jednak swoją negatywną stronę. W szkole, czy na studiach nie miałam nikogo, w domu też, co przyczyniło się do tego, że jednak zaczęło mi brakować czyjejś bliskości. Czułam się tak, jakbym była jedyna na tym świecie, jednocześnie nie chcąc tego zmieniać. Pewnego dnia nie wytrzymałam tego, jak beznadziejne życie wiodłam. Chciałam spotkać się w końcu z mamą i powiedzieć jej, że ją kocham, ale zanim wskoczyłam do lodowatej wody, na mojej drodze stanął on i wszystko się zmieniło.